Od pierwszego Malucha do własnego muzeum: rozmowa z kolekcjonerem, który ocalił dziesiątki polskich klasyków

0
33
Rate this post
Czerwony klasyczny kabriolet w eleganckim muzeum starych aut
Źródło: Pexels | Autor: Sefa Demirtaş

Od podblokowego Malucha do muzeum – kim jest bohater rozmowy

Dzieciństwo między trzepakiem a parkingiem

Bohater tej rozmowy, nazwijmy go po prostu Andrzej, ma dziś nieco ponad pięćdziesiąt lat, pochodzi z przeciętnego, blokowego osiedla w średniej wielkości mieście na południu Polski. Na co dzień prowadzi niewielką firmę usługową, która z motoryzacją nie ma nic wspólnego – księgowość, telefony, papierologia. Prawdziwe życie zaczyna się dla niego dopiero po zamknięciu drzwi biura, gdy może wejść do hali, w której stoi jego kolekcja polskich samochodów.

Jako dziecko spędzał dnie tam, gdzie większość chłopaków z roczników 70. – między trzepakiem, placem zabaw a parkingiem. Tyle że dla niego parking był czymś więcej niż tłem do gry w piłkę. Potrafił godzinami siedzieć na murku i wsłuchiwać się w dźwięk silników wracających z pracy Maluchów, Dużych Fiatów i Polonezów. Kochał specyficzny miks zapachu benzyny, spalonego oleju i wilgotnych siedzeń z dermy. Dziś mówi, że ten zapach do dziś potrafi wywołać w nim całe kadry wspomnień – jak zapach kredy u nauczyciela matematyki.

W tamtych czasach samochód pod blokiem był niemal członkiem rodziny. Ojciec Andrzeja własnego auta nie miał, ale samochód sąsiada z klatki obok traktował jak „wspólny skarb” osiedla. Każda sobotnia pielęgnacja – wiadro z wodą, szmaty, pasta Tempo – była dla dzieciaków wydarzeniem. Sąsiad pozwalał małemu Andrzejowi siedzieć na tylnym siedzeniu, gdy „odkurzał” deskę rozdzielczą. To były jego pierwsze lekcje estetyki motoryzacyjnej: auto trzeba szanować, nawet jeśli to tylko „polska myśl techniczna”.

Iskra, która rozpaliła motopasję

Prawdziwy przełom przyszedł w wieku kilkunastu lat. Jeden z dalszych wujków pracował w zakładzie, gdzie regularnie złomowano wysłużone służbowe Fiaty 125p. Któregoś lata zabrał Andrzeja na „wycieczkę” do zakładowej bazy. Widok kilkunastu Dużych Fiatów stojących w rzędach, z pogniecionymi błotnikami, pozbawionych znaków firmowych, zrobił na chłopaku gigantyczne wrażenie. Wtedy po raz pierwszy zobaczył, że auto, które jeszcze rok wcześniej woziło dyrektora, teraz jest traktowane jak odpad. Pomyślał: „Szkoda. Przecież to ładne auto. Ktoś się nim kiedyś chwalił rodzinie”. To był pierwszy, bardzo surowy zalążek tego, co dziś nazywa ratowaniem klasyków PRL.

Od tej wizyty w bazie złomowej zaczął zbierać wszystko, co związane z autami. Prospekty z komisu, stare emblematy znalezione na śmietniku, odpadnięte napisy „Polski Fiat” czy „FSO”. Gdy koledzy zbierali znaczki lub kapsle, on układał na półce w pokoju plastikowe kołpaki od Malucha. Samochody przestały być dla niego „tylko” środkami transportu – stały się nośnikami historii ludzi i czasów.

Dlaczego akurat auta z PRL, a nie zachodnie klasyki

Wielu pyta dziś Andrzeja, dlaczego nie zbiera Porsche, Mercedesów czy włoskich kabrioletów. Odpowiedź jest zwykle bardzo prosta: to nie są jego wspomnienia. Nie wychował się na dźwięku V8 pod blokiem, tylko na stukocie zaworów w przegrzanym Maluchu. Gdy składał pierwsze modele w skali 1:43, marzył nie o Ferrari, tylko o Polonezie w kolorze „safari” z czarnym pasem na boku.

Sam powtarza, że fascynują go nie tylko same samochody, ale cały kontekst: kolejka po talon, duma z odbioru nowego Fiata 126p z Polmozbytu, wspólne rodzinne wakacje z bagażnikiem na dachu i termosami z herbatą. Zachodnie klasyki są piękne, ale odklejone od jego doświadczenia. A kolekcja polskich samochodów jest dla niego czymś w rodzaju „żywej kroniki” zwykłych ludzi w PRL. Dlatego w jego muzeum obok siebie stoją: Maluch, Polonez, Duży Fiat, Syrena, Żuk, Nysa, a nawet Tarpan. Wszystko, czym jeździła Polska od lat 60. do wczesnych 90.

Kolekcja kolorowych zabytkowych samochodów w oświetlonym garażu
Źródło: Pexels | Autor: Helena Jankovičová Kováčová

Pierwszy Maluch – auto, które zmieniło wszystko

Szukanie „tego jedynego” Fiata 126p

Pierwsze własne auto Andrzeja nie pojawiło się od razu po zdobyciu prawa jazdy. Na początku, jak większość, pożyczał od znajomych i rodziny. Na Malucha zachorował poważniej dopiero wtedy, gdy na jednym z portali ogłoszeniowych zobaczył ujęcie boczne: czerwony Fiat 126p z pierwszych lat produkcji, jeszcze z wąskimi zderzakami i blaszanymi zderzakami, stojący na tle starej szopy. Ogłoszenie było lakoniczne: „Nieodpala, stoi. Dokumenty są”. Cena – symboliczna.

Pojechał „tylko zobaczyć”. Na miejscu okazało się, że Maluch był autem starszego pana, który już nie jeździł od kilku lat. Stał pod wiatą, przykryty brezentem. Andrzej do dziś potrafi odtworzyć w głowie to pierwsze podniesienie plandeki. Wnętrze pachniało mieszanką starej tkaniny, benzyny i wilgoci. Lakier zmatowiały, ale bez większej korozji. Fotele w charakterystycznym brązowo-pomarańczowym wzorze, kierownica wypolerowana dłońmi poprzedniego właściciela. „To był taki moment, jakby auto patrzyło na mnie i pytało: co dalej?” – wspomina.

Choć początkowo planował jeszcze „przespać się z tematem”, już w drodze powrotnej wiedział, że wróci po ten egzemplarz. To nie był chłodny zakup, tylko emocjonalna decyzja. Pierwsze auto – Fiat 126p – stało się jego przepustką do świata, w którym każda śrubka ma swoją historię.

Jak wyglądał pierwszy Maluch w detalach

Ten konkretny Maluch nie był autem w idealnym stanie, ale miał to, czego Andrzej szukał intuicyjnie: kompletność i oryginalność. Miał jeszcze fabryczne radio „Safari” z jednym głośnikiem, instrukcję obsługi w schowku i naklejki serwisowe na słupkach drzwi. Przebieg na liczniku – niewielki jak na rocznik, ale i tak nie do zweryfikowania. Kluczowe było to, że nic nie było „tuningowane” po domowemu.

Silnik ledwo kręcił, akumulator był martwy, hamulce zapieczone, ale podłoga okazała się zaskakująco zdrowa. W bagażniku – zestaw kół zimowych, lewarek, oryginalne klucze. Na tylnej półce wyblakła poduszka „jasiek” i zapomniany breloczek do kluczy z logo FSO. Takie drobiazgi często decydują, czy samochód jest tylko „kolejnym egzemplarzem”, czy ma to coś, o czym kolekcjonerzy mówią z czułością.

Pierwsza jazda jako właściciel i narodziny opiekuńczości

Maluch przyjechał do miasta na lawecie. Pierwsze odpalenie odbyło się na podwórku przed wynajmowanym garażem. Nowy akumulator, świeże paliwo, trochę „plaka” do gaźnika, kilka przekleństw pod nosem. Po chwili silnik zaskoczył, pokaszlał, zadymił na niebiesko i… zaczął nierówno, ale dzielnie pyrkać. Dla Andrzeja ten dźwięk był jak pierwsze samodzielne kroki dziecka.

Pierwsza jazda po mieście skończyła się zresztą klasycznie: mała awaria. Zaciął się pływak w gaźniku, silnik gasł na każdym skrzyżowaniu. Zamiast frustracji pojawiła się jednak satysfakcja, gdy po godzinie kombinowania w garażu udało się z problemem poradzić. To był pierwszy drobny sukces naprawczy, który utwierdził go, że z tym autem można żyć i się go uczyć.

Na początku Maluch był zwykłym „wołem roboczym”. Woził zakupy, znajomych, narzędzia na działkę. Bardzo szybko jednak Andrzej zauważył, że zaczyna traktować go inaczej niż przeciętny kierowca. Pierwsze kosmetyczne poprawki – mycie ręczne zamiast myjni szczotkowej, delikatna regeneracja lakieru, czyszczenie tapicerki środkiem przeznaczonym do tkanin z epoki. Zamiast jadąc po krawężnikach – omijanie każdej dziury. Tak rodzi się relacja z autem, która później przeradza się w kolekcjonowanie: z „woła roboczego” robi się podopieczny.

Czarny zabytkowy samochód zaparkowany w hali z ceglanymi ścianami
Źródło: Pexels | Autor: Julian Fernandez

Pierwsze kroki w kolekcjonowaniu – od hobby do nałogu

Drugi, trzeci, piąty samochód – jak rośnie apetyt

Drugi samochód pojawił się szybciej, niż Andrzej się spodziewał. W trakcie szukania części do swojego Malucha trafił na ogłoszenie: „Fiat 125p – do remontu lub na części”. Pojechał „po zderzak”, wrócił z całym autem. Logika była prosta: skoro i tak potrzebuje elementów, to „weźmie całość, co się nie przyda, sprzeda”. Jak łatwo się domyślić – nie sprzedał nic. Zobaczył w tym zardzewiałym egzemplarzu kolejnego „pacjenta do odratowania”.

W ten sposób zaczyna się wiele historii kolekcjonerów: „żeby mieć na części”. Trzeci samochód to już był świadomy zakup – Polonez w wersji, którą Andrzej pamiętał z dzieciństwa jako radiowóz. Nie mógł się oprzeć. Potem czwarty – jedyny w okolicy egzemplarz Syreny, piąty – Żuk po OSP. W pewnym momencie, jak sam przyznaje, przestał liczyć auta, a zaczął liczyć wolne miejsca w garażach.

Polowanie na klasyki – giełdy, wsie, internet

Kiedy w człowieku obudzi się zbieracz, zwykłe przeglądanie ogłoszeń przestaje być niewinną rozrywką. Andrzej zaczął regularnie odwiedzać giełdy samochodowe, na które wcześniej zaglądał tylko z ciekawości. Znał już handlarzy, którzy od razu dzwonili, gdy tylko pojawił się „jakiś stary grat z PRL, może cię to zainteresuje”.

Równolegle wydeptał ścieżki na wsiach wokół swojego miasta. Zatrzymywał samochód, kiedy zza stodoły wystawał kawałek błotnika Nysy albo tylna lampa od Tarpana. Pukał, rozmawiał z gospodarzami, słuchał historii: „Tym to się kiedyś świnie na targ woziło”, „Stał po powodzi, szkoda mi było oddać na złom”. Takie rozmowy często kończyły się tylko herbatą i wspomnieniami, ale czasem zapraszano go na podwórko, gdzie pod plandeką czekał kandydat do kolekcji.

Internet stał się narzędziem numer jeden, ale realia kolekcjonowania są dużo bardziej analogowe: oglądanie przed zakupem, grzebanie pod autem w błocie, negocjacje przy kuchennym stole. Współcześnie dochodzą jeszcze grupy na Facebooku czy specjalistyczne fora, gdzie jeden post ze zdjęciem „szukam oryginalnego Poloneza Borewicza” potrafi otworzyć drzwi do kilku stodołowych historii naraz.

Kryteria wyboru – od „byle tanio” do świadomego kolekcjonera

Na początku Andrzej kupował głównie to, co było tanie i blisko. Liczyło się, by auto miało dokumenty i dało się je jakoś przetoczyć. Z czasem kryteria wyboru się zaostrzyły. Zrozumiał, że zbieranie wszystkiego jak leci skończy się po prostu złomowiskiem. Zaczęło się ważenie: niska cena kontra oryginalność, pełna historia, ciekawa wersja wyposażenia.

Priorytetem stały się:

  • oryginalny lakier lub przynajmniej zbliżony do fabrycznego kolor,
  • kompletność wnętrza – fotele, podsufitka, deska rozdzielcza,
  • dokładna dokumentacja – książka serwisowa, stare OC, rachunki,
  • spójna historia – auto od pierwszego właściciela lub w jednej rodzinie.

Specjalnym sentymentem obdarzył modele, które miały dla niego znaczenie emocjonalne: Poloneza z wczesnej serii, bo takim jeździł jego pierwszy szef; Żuka po OSP, bo w dzieciństwie patrzył na podobne podczas dożynek; czerwonego Malucha, bo był „jak ten z pierwszego plakatu w jego pokoju”. Kolekcja zaczęła się układać nie według tabel katalogowych, ale według mapy jego wspomnień.

Brak miejsca, brak narzędzi, brak czasu – pierwsze zderzenie z rzeczywistością

Rosnąca liczba aut szybko wytknęła wszystkie ograniczenia: mały garaż, brak kanału, podstawowy zestaw kluczy, a do tego praca na pełen etat. Sam mówi, że „pierwszy poważny problem kolekcjonera to nie pieniądze, tylko przestrzeń i czas”. Kiedy trzeci samochód wylądował pod blokiem, sąsiedzi zaczęli kręcić nosem. Przy piątym – składali już oficjalne skargi do administracji.

Rozwiązanie? Wynajem pierwszej większej hali na obrzeżach miasta. Bez ogrzewania, z dziurawym dachem, ale z możliwością ustawienia kilku samochodów pod jednym dachem. Do tego stopniowe inwestowanie w narzędzia: podnośnik, sprężarka, podstawowe urządzenia do piaskowania. Wszystko kupowane małymi krokami, często z pieniędzy zarobionych na sprzedaży nadmiarowych części z innych aut.

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Skąd biorą się pasje do polskich klasyków z PRL, takich jak Maluch czy Polonez?

Najczęściej zaczyna się od dzieciństwa – od zapachu benzyny pod blokiem, dźwięku silnika Malucha wracającego z pracy i sobotnich myć auta przy trzepaku. Dla wielu osób samochód z PRL to nie tylko środek transportu, ale część rodzinnej historii: pierwsze wakacje nad morzem, ciasne tylne siedzenie, termos z herbatą na kolanach.

Tak jak u Andrzeja, impuls często pojawia się w momencie, gdy widzi się „swój” samochód skazany na złom. Pojawia się myśl: „to przecież kawałek mojego życia, szkoda, żeby zniknął”. Z takiego sentymentu krok po kroku rodzi się pasja, która potrafi przerodzić się w kolekcjonowanie.

Dlaczego niektórzy kolekcjonerzy wybierają auta z PRL zamiast Porsche czy Ferrari?

Dla wielu polskich kolekcjonerów zachodnie klasyki są piękne, ale obce. Nie kojarzą się z codziennością pod blokiem, tylko z plakatem na ścianie. Maluch, Duży Fiat czy Polonez to za to dźwięki, zapachy i obrazy, które naprawdę pamiętają: kolejkę po talon, odbiór auta w Polmozbycie, długie trasy z bagażnikiem na dachu.

Dlatego Andrzej mówi wprost: zbiera to, na czym się wychował. Jego muzeum to „żywa kronika” zwykłych ludzi w PRL – dlatego obok Malucha stoi Żuk, Nysa czy Tarpan. Każdy z tych modeli opowiada inną historię: rodzinnej wycieczki, firmowego wyjazdu, przeprowadzki czy wakacji na kempingu.

Jak zacząć przygodę z kolekcjonowaniem polskich klasyków (np. Fiat 126p, Polonez)?

Najrozsądniej zacząć od jednego, w miarę kompletnego samochodu, który coś dla ciebie znaczy. Tak zrobił Andrzej – długo jeździł pożyczonymi autami, aż trafił na „tego” Malucha: czerwony Fiat 126p z pierwszych lat produkcji, w dużej mierze oryginalny, choć zaniedbany. Nie był idealny, ale miał duszę.

Dobrze jest szukać egzemplarza:

  • jak najmniej „tunigowanego” po domowemu,
  • z możliwie oryginalnym wnętrzem i wyposażeniem,
  • z dokumentami i historią poprzedniego właściciela.

Reszta przychodzi z czasem: garaż, drugi samochód „na części”, znajomi mechanicy. Na początku ważniejsze jest, by w ogóle wejść w ten świat, niż od razu mieć perfekcyjnie odrestaurowaną perełkę.

Na co zwrócić uwagę przy zakupie pierwszego Malucha jako klasyka?

Andrzej nie szukał ideału z ogłoszenia, tylko auta kompletnego i nietkniętego kombinowaniem. Patrzył, czy zachowały się:

  • oryginalne radio (np. „Safari”),
  • instrukcja w schowku i naklejki serwisowe,
  • fabryczne fotele i kierownica,
  • drobiazgi typu stary breloczek czy poduszka „jasiek” na tylnej półce.

Kluczowy jest też stan blacharki i podłogi – mechanikę da się zwykle ogarnąć we własnym zakresie lub z pomocą znajomego fachowca, ale poważną korozję naprawia się drogo i długo. Warto też sprawdzić, czy auto nie było przerabiane „na nowocześniejsze”, bo przy odtwarzaniu oryginału każdy brakujący element będzie polowaniem.

Czy utrzymanie kolekcji polskich samochodów jest drogie i trudne?

Pojedynczy Maluch czy Polonez, traktowany z sercem, nie musi być finansową katastrofą. Części mechaniczne do popularnych modeli wciąż są dostępne i względnie tanie, a wiele napraw da się zrobić samodzielnie w garażu. Trudniej bywa z elementami blacharskimi i detalami wnętrza w rzadkich wersjach – tam zaczynają się poszukiwania i wyższe koszty.

Gdy jednak z jednego auta robi się pięć czy dziesięć, wyzwania rosną: trzeba mieć miejsce (hale, garaże), czas na podstawową obsługę każdego egzemplarza, sensowną logistykę części. Dlatego większość osób zaczyna od jednego klasyka „do jeżdżenia od święta”, a pełnoprawna kolekcja to już kolejny etap życia, trochę jak przejście z hobby do drugiego zawodu.

Jak z prywatnej kolekcji samochodów zrobić małe muzeum?

Pierwszy krok to wcale nie formalności, tylko zmiana myślenia: z „moje auta w garażu” na „zbiór, który opowiada historię”. Tak właśnie zrobił Andrzej – jego kolekcja nie jest zbiorem przypadkowych egzemplarzy, tylko przemyślaną opowieścią o polskiej motoryzacji od lat 60. do wczesnych 90. Każdy model ma swoje miejsce i kontekst.

Drugi etap to przestrzeń i ludzie. Potrzebna jest hala, w której da się nie tylko postawić auta, ale też przyjąć odwiedzających, a do tego odrobina organizacji: godziny otwarcia, proste opisy, zasady poruszania się. Wiele takich „muzeów” zaczyna bardzo skromnie – od kilku aut w wynajętej hali, do której właściciel wpuszcza zainteresowanych po wcześniejszym telefonie. Potem, krok po kroku, rodzi się z tego coś na kształt instytucji, choć wciąż o prywatnym, bardzo osobistym charakterze.